Przeżycie i ucieczka podczas I wojny światowej

1 sierpnia 1914 roku wybuchła I wojna światowa. Nie minął jeszcze tydzień, jak rosyjskie wojska w wielu punktach przekroczyły rosyjsko-niemiecką granicę (późniejsza granica polska była jesz¬cze wtedy rosyjska) i wtargnęły na tereny wokół Olecka i Ełku. Wielu mieszkańców uciekło. Oba¬wiano się przede wszystkim rosyjskich jeźdźców uzbrojonych w lance, którymi byli w większości Kozacy. Ci mali brodaci mężczyźni znakomicie jeździli konno. W pełnym galopie znikali za grzbietem swych koni, wisząc pod ich brzuchem lub z boku a często nawet trzymając się ogonów koni. Kozacy nic nam nie robili, tylko zabierali wszystko, co dało się zjeść.

Rosyjskie wojska coraz liczniej wdzierają się na nasze tereny, dlatego moi rodzice i nasi sąsiedzi rodzina Mumedey postanowili opuścić nasze gospodarstwa i szukać miejscowości, do której jeszcze nie dotarli Rosjanie. Załadowaliśmy dwie furmanki rzeczami niezbędnymi do przeżycia. Potem wsiedliśmy na nie i rozpoczęliśmy naszą podróż w nieznane. Można się tylko domyślać, jakie myśli i uczucia krążyły w umysłach i sercach dorosłych. Rosjanie puścili nas bez problemu i z samego rana dotarliśmy do sąsiedniej wioski Kukówka , ale tutaj również natknęliśmy się na Rosjan. Tak więc kontynuowaliśmy swoją podróż poprzez drogi polne, aż dotarliśmy do samotnie stojącego dworku wiejskiego, do którego należały przylegające tereny rolne. Brama wjazdowa na podwórko była całkowicie otwarta. Mój ojciec nie wahał się długo i wjechał na środek podwórza, za nim podążyła pani Mumedey ze swoją furmanką (jej mąż służył w tym czasie w armii). Ojciec zamierzał tutaj pozostać, ponieważ nigdzie nie było widać Rosjan. Jednak stało się inaczej. Z domu wynurzył się starszy, postawny mężczyzna, zapewne właściciel gospodarstwa. Zaczął krzy¬czeć, żebyśmy natychmiast opuścili jego ziemię, bo wkrótce przybędą Rosjanie i uprowadzą nas wszystkich lub zastrzelą a jego gospodarstwo spalą i on i jego rodzina nie będą mieli z czego żyć. Nie pozostawało nam nic innego, jak tylko jechać dalej w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie moglibyśmy nie czuć się zagrożeni przez Rosjan.
Jechaliśmy więc dalej polną drogą, aż dotarliśmy do Krzywych50. Tutaj przyjął nas pewien gospo¬darz. Ale nie minął tydzień, jak również tutaj pojawili się Rosjanie. Kolejna tułaczka w nieznane nie miała już żadnego sensu, bo rosyjscy żołnierze rozprzestrzeniali się właściwie wszędzie. Jedy¬nym rozwiązaniem był w tym momencie powrót do naszych gospodarstw w Gąskach. W drodze powrotnej często natykaliśmy się na Rosjan, jednak nie stawali nam na drodze. Kiedy już dotar¬liśmy do Gąsek, zatrzymało nas dwóch rosyjskich żołnierzy słowami „Pasteu” (czyli po niemiecku stać). Żołnierze przetrząsnęli nasze powozy, potem rozkazali naszemu ojcu pójść z nimi do ko¬mendy. Minęła już godzina, ale ojciec nadal nie wracał. Pogoda była tego dnia okropna, było zimno i deszczowo, marzliśmy. Moja mama i Pani Mumedey martwiły się, że ojciec był tak długo przetrzymywany na komendzie. W końcu moja matka wstała i poszła na komendę, która znajdo¬wała się w budynku szkoły. Ze względu na jej prośbę przyprowadzono ją do komendanta, który spytał się, jaką ma do niego sprawę. Matka powiedziała, że cierpimy i prosiła o wypuszczenie jej męża i ojca jej dzieci, które marzną i są głodne, że chcemy do domu. Na to komendant odparł jej łamaną niemiecczyzną: „mateczko idź teraz do swoich dziatek, ojczulek przyjdzie wkrótce”. Tak też się stało. Rosyjski żołnierz odprowadził ojca do naszej furmanki i powiedział po rosyjsku „Dobry dczin”, czyli po niemiecku dzień dobry i poszedł.

Znowu szczęśliwie dotarliśmy do naszego domu, ale zastaliśmy tam pobojowisko. W domu wszyst¬ko było porozwalane, okna były powybijane, na podłodze leżała słoma, meble i drzwi były zdemo¬lowane. Po tym jak uprzątnęliśmy prowizorycznie pokoje, wszystko zaczęło się toczyć normal¬nym trybem. Nasze zwierzęta, którymi podczas naszej nieobecności opiekowali się nasi sąsiedzi, wróciły do nas. Starzy teściowie i jedna starsza służąca zostali w domu i doglądali bydła oraz gospodarstw.

Rosjanie podpalili niektóre domy i inne budynki, wszystko było zniszczone. Ludzi starszych nie krzywdzili. Kiedy brakowało im żywności, zabierali sobie świnie lub ptactwo od rolników, ale na początku wojny mieliśmy jeszcze sporo jedzenia. Poza tym ojciec zakopał kilka skrzyń z żywno¬ścią przed naszą ucieczką.
Słynny wiatrak, który stał na wzniesieniu na końcu wsi w kierunku Olecka oraz wieża kościoła były najpiękniejszymi budowlami w Gąskach, ich znakami rozpoznawczymi. Wiatrak został przez Rosjan także podpalony, pozostały po nim tylko zgliszcza. Na szczęście wielu mieszkańców miało ręcznie napędzane młyny (zwane Quirle). Za ich pomocą mełliśmy ziarno na mąkę. Właściciel wiatraka Pan Kowalik odbudował go po wojnie, potem jednak po kolejnym pożarze zbudował mechaniczny młyn, który działał do 1944 roku.
Rosyjska ofensywa została po ciężkich walkach powstrzymana przez niemiecką armię pod do¬wództwem feldmarszałka Paula von Hindenburga i szefa jego sztabu generała Ericha Ludendorffa. Po zimowej potyczce nad jeziorami mazurskimi rosyjska armia wycofała się za granicę.

Cmentarz żołnierzy koło Zajd

Podczas odwrotu w lasach pomiędzy Gąskami i Zajdami dochodziło do gwałtownych starć, było wielu zabitych i rannych. Zabici: 111 Niemców, 48 Rosjan, zostali pochowani pomiędzy Zajdami a Jeziorem Kukówko, gdzie później powstał cmentarz wojenny. Ogromny dębowy krzyż pozwala z daleka dojrzeć to miejsce. Przed II wojną światową obchodzono tam uroczystości związane z dniem żałoby narodowej lub uczczenia bohaterów wojennych, również dla Gąsek. Groby żołnierzy, nawet rosyjskich, były przez cały czas pielęgnowane i znajdowały się w dobrym stanie. Obecnie miejsce to także jest zadbane. W 2015 roku krzyż zosta odnowiony.

Fritz Hermann
Opracował Józef Kunicki na podstawie Treuburger Heimatbrief Nr.18

 

Agroturystyka "Pod Gąską" Gąski powiat olecki Mazury